Pięćdziesiąt lat temu Stany Zjednoczone były krajem, w którym czarnoskóre i białe dzieci nie siedziały razem w szkolnej ławce, a dzisiaj jedno z dzieci, którego ojciec pochodził z Afryki, jest Prezydentem państwa. Siedem lat temu trzy kobiety – Sherron Watkins, Cynthia Cooper i Coleen Rowley zostały Osobowościami Roku tygodnika Time za odwagę, z którą ostrzegały przed nieprawidłowościami. Kilkanaście lat wcześniej nie miałyby możliwości podjąć takiego wyzwania, gdyż zwyczajnie nie zajmowałyby odpowiednio wysokich i specjalistycznych stanowisk, żeby posiadać ekspercką wiedzę.
Jaki z tego morał dla Polski?
30 marca 2009 Program „Przeciw Korupcji” Fundacji im. Stefana Batorego, przygotował konferencję pt. „Whistleblowing – ochrona prawna osób informujących o nieprawidłowościach w miejscu pracy: skuteczność polskiego prawa pracy na tle regulacji anglosaskich oraz prac Grupy Państw Przeciwko Korupcji (GRECO)”. Konferencja miała na celu przedstawienie jak wygląda ochrona prawna demaskatorów w Polsce i jak reguluje się to w innych krajach. Przy okazji pojawiło się sporo dylematów, które należą bardziej do sfery obyczajów i kultury społecznej, niż związane są z prawem, ale mają istotny wpływ na funkcjonowanie legislacji i procedur.
Najważniejsze chyba z takich zjawisk to negatywne postrzeganie osób, które przeciwstawiają się swojemu środowisku i informują o nadużyciach. W Polsce mamy na taką postawę liczne obraźliwe „synonimy”: Najbardziej popularne i automatyczne to „kapuś”, „donosiciel”, „ktoś, kto kala własne gniazdo”. Takie podejście nie jest zresztą specyfiką polską, bo jak wynikało z prezentacji ekspertów, podobne problemy z akceptacją społeczną postawy demaskatora występowały we wszystkich praktycznie krajach. Co je zmienia? – czas, właściwe prawo i pozytywni bohaterowie, których czyny docenia „historia”. Tak właśnie stało się w przypadku trzech Amerykanek, które zostały Osobowościami Roku 2002 tygodnika Time.
Ale najpierw może wytłumaczmy co jest pozytywnego w działaniach osób, które informują o nieprawidłowościach. Mowa tu o pracownikach instytucji, albo innych osobach znających sytuację od wewnątrz, które zauważają że pewne działania osób bądź procedur prowadzą do praktyk korupcyjnych, stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia, szkodzą środowisku naturalnemu, powodują niesprawiedliwość bądź też w jakikolwiek inny sposób łamią prawo. Zakres nieprawidłowości, o których mowa jest dyskutowany i określany przez prawo różnych krajów na rozmaite sposoby – ważne, że dotyczy on dóbr publicznych. Dlatego demaskator to ktoś, kto chroni nasze dobro wspólne przed zagrożeniami. Najczęściej spotyka go jednak za to dotkliwa kara, a w najlepszym przypadku obojętność i lekceważenie.
Jak było w przypadku trzech Amerykanek? Cynthia Cooper była wiceprezeską jednostki audytu wewnętrznego w WorldCom. Wraz ze współpracownikami, w 2002 roku odkryła i zbadała defraudację na skalę kilku miliardów dolarów. Było to w owym czasie największe nadużycie finansowe w Stanach Zjednoczonych. Coleen Rowley była agentką FBI, która ostrzegała szefostwo w Waszyngtonie o zagrożeniu atakami terrorystycznymi przed 11 września 2001. Wiedzę tę posiadała w wyniku śledztwa prowadzonego przez nią w biurze w Minneapolis wobec aresztowanego wcześniej podejrzanego o terroryzm. Niestety jej informacje zostały zlekceważone. W końcu Sherron Watkins , będąca wiceprezeską ds. rozwoju w korporacji Enron, odkryła nieprawidłowości finansowe w swojej firmie. Nie zapobiegło to upadkowi koncernu, gdyż jedyną poinformowaną przez nią osobą był Dyrektor Zarządzający, który wykorzystał informację do chronienia siebie. Co jest jednak istotne, to intencje wszystkich trzech bohaterek – nie była nimi chęć sławy – każda z nich zaczęła działania wewnątrz instytucji, ryzykowały wiele – dwie z nich były głównymi osobami utrzymującymi rodzinę, podejmującymi działania często niewygodne dla innych osób, szkodzące milionowym interesom. To wszystko się liczy gdyż, jak dyskutowano podczas konferencji – intencje są ważne.
Bronią demaskatora jest szczerość
Jak dowodził Tom Devine z Government Accountability Project ze Stanów Zjednoczonych, demaskator to człowiek, który korzysta z wolności słowa, aby zaprotestować, ostrzec, stawić wyzwanie przyjętym prawdom bądź uczy obywatelskiej postawy. Protestowanie służy rozliczaniu tych, którzy podejmują decyzje i ochronie jednostek przed nadużyciami władzy. Ci, którzy ostrzegają mogą nas ochronić przed możliwym do uniknięcia nieszczęściem. Z kolei ci, którzy rzucili wyzwanie tradycyjnemu porządkowi, pchają świat do przodu – w tym sensie pierwszymi demaskatorami byli Galileusz i Kopernik. W końcu ci, którzy edukują pokazują, że prawda wymaga odwagi, a to co się liczy to wartości demokratyczne. W tym ostatnim przypadku, aż trudno nie odwołać się do świeżej historii opisywanej w Dużym Formacie, gdzie uczeń jednej z najlepszych szkół w Warszawie złożył petycję o zmianę sposobu traktowania przez jedną z nauczycielek, za co spotkała go dotkliwa kara. A przecież zarówno miał do tego prawo, jak też nauczył pozostałych uczniów jaka jest cena odwagi. Jednocześnie jednak pokazał, że można rzucić rękawicę władzy, która jest nadużywana oraz być może ustrzegł innych uczniów przed chorobami związanymi z nadmierną presją. Niestety w jego przypadku historia nie skończyła się dobrze. Jak jednak zaznaczył Tom Devine – rola demaskatora jest trudna i on swoim klientom zawsze to uświadamia. Robi to właśnie dlatego, że szlachetny początek jest czasem zepsuty przez kolejne kłamstwa i ucieczki wynikające z presji wywieranej na demaskatora i zemsty podejmowanej przez decydentów i otoczenie.
Temat ten został wywołany przez jedną z uczestniczek – Sędzię Sądu Pracy z Białegostoku, która zwróciła uwagę na to, że w jednej ze spraw demaskator zaczął w pewnym momencie kłamać. Zresztą sprawie tej, jak również chronieniu prywatności demaskatorów i radzeniu sobie z anonimowością poświęcono całkiem sporo uwagi w rekomendacjach dotyczących legislacji. Na poziomie Unii Europejskiej mówi się, że do momentu sprawy w sądzie dane demaskatora powinny być utajnione. To z kolei prowadzić powinno do akceptacji anonimowych informacji tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Jednocześnie prawodawstwo winno odnosić się do intencji demaskatorów. Zakłada się, że informacja powinna być przekazywana w dobrej wierze. Co wcale nie znaczy, że demaskator, który niekoniecznie musi mieć dostęp do wszystkich danych, musi zawsze mieć całkowitą rację. Może się zdarzyć, że dochodzenie nie przyniesie dowodów na zjawiska patologiczne. Jednak demaskator sygnalizuje miejsce ewentualnych nadużyć. To co uważa się za złą intencję, to pobudki osobiste do podjęcia aktu demaskowania, np. niechęć do osób zarządzających. Co nie zmienia faktu, że informacja wciąż może być prawdziwa. Tu trzeba dobrze wyważyć między interesem publicznym a prywatną oceną osoby. Z tych samych względów informator powinien zacząć działać od środka instytucji – najpierw korzystać z procedur wewnętrznych, a dopiero gdy tam brakuje możliwości zajęcia się sprawą, ujawniać sprawy na zewnątrz. Zdarza się jednak, że takiej możliwości nie ma i od razu trzeba wyjść poza instytucje. Każdy przypadek jest inny.
Co ma zrobić sąd, czyli o polskim prawodawstwie
W ratyfikowanej przez Polskę Konwencji ONZ przeciw Korupcji, w artykule 33 mówi się o ochronie informatorów i o konieczności wprowadzenia do krajowego systemu prawnego odpowiednich przepisów zapewniających ochronę osób informujących w dobrej wierze o nadużyciach i przestępstwach.
Jednocześnie analiza obowiązującego w Polsce prawa, dokonana przez GRECO nie wskazała w pierwszej fazie na konieczność wprowadzania konkretnych rozwiązań, uznając że zasady ogólne prawa karnego i administracyjnego są wystarczające. Jednak wieloletnie doświadczenia projektu poradnictwa prawnego działającego w Programie „Przeciw Korupcji”, do którego zgłaszane są liczne przypadki tego typu, nie potwierdzają tej tezy. Typowy schemat postępowania pracodawców wobec informatorów polega na stopniowym odsuwaniu od odpowiedzialnych działań, marginalizowaniu, psychicznym obciążaniu, a w ostateczności zwalnianiu w wyniku likwidacji stanowiska pracy. Sądy pracy z kolei badają jedynie, czy likwidacja stanowiska pracy faktycznie nastąpiła, zaś pozostałe okoliczności wykraczają nieco poza ich kompetencje. Wprawdzie obecna podczas konferencji Sędzia z Białegostoku podkreślała, że również sądy pracy starają się wnikliwie badać sprawy, gdzie mowa o demaskowaniu, ale poziom ich komplikacji, obcowanie z materią dobrych intencji oraz istniejące przepisy są bardzo ograniczające. Zwróciła też uwagę na to, że sama nazwa „demaskator” nie do końca wydaje jej się trafna na podstawie doświadczeń i uważa za bardziej trafne rozwiązania przyjęte w Zjednoczonym Królestwie, gdzie nazwa odpowiedniego aktu prawnego dotyczące demaskatorów opisuje sam czyn – Prawo dotyczące ochrony osób dokonujących ujawniania w interesie społecznym.
Wszystko wskazuje zatem na konieczność powstania w Polsce nowego prawodawstwa dotyczącego ochrony demaskatorów. Sprawą zajął się już Rzecznik Praw Obywatelskich, który skierował do Minister Pracy i Polityki Społecznej, Pani Jolanty Fedak szereg wniosków dotyczących polskiej regulacji prawnej. Dzięki pilnowaniu sprawy przez Fundację im. Stefana Batorego i regularne jej podnoszeniu, jest szansa, że taka regulacja powstanie. Przy okazji podkreślono, że nie chodzi o to, żeby prawodawstwo jedynie łagodziło skutki podjęcia demaskatorskiego czynu, ale aby dobrze chroniło demaskatorów. Postulowano także zajęcie się sprawą osób trzecich, które spotyka odwet ze strony zaatakowanej władzy, co jak podkreślił jeden z uczestników jest częstą reakcją, zwłaszcza w mniejszych i bardziej zamkniętych środowiskach.
Czy Polska się zmieni?
Po konferencji pozostało mi w głowie jeszcze kilka wybijających się stwierdzeń dotyczących whistleblowingu. Pierwsze dotyczy globalizacji, która siłą rzeczy wprowadza ochronę demaskatorów także w krajach, których kultura społeczna jest całkowicie odmienna. Chodziło tu o kraje azjatyckie, ale jak przedstawił Jacek Wojciechowicz z Polskiego Instytutu Dyrektorów, podobne problemy napotykano także w Australii, gdzie obowiązuje podobna jak w Polsce solidarność środowiskowa. I tutaj pomogła zmiana nazewnictwa przenosząca ciężar z osoby (whistleblower) na proces (ujawnianie w interesie publicznym).
Dobre prawo może też przyczynić się do zmniejszenia obaw osób, które miałyby zabrać głos w sprawie publicznej. W Zjednoczonym Królestwie w ostatnich latach takie sprawy stanowiły 4% przypadków w sądach pracy, większość z nich kończy się ugodą. Fakt, że ludzie korzystają z tego prawa musi świadczyć o dość dużym poczuciu bezpieczeństwa. Trzeba tu oczywiście brać pod uwagę czynnik kulturowy i to, że dla wielu Brytyjczyków sformułowanie „to blow the whistle” (dmuchać w gwizdek, demaskować, informować) ma pozytywne konotacje, jednak biorąc pod uwagę zagrożenia o których mówił Tom Devine ze Stanów Zjednoczonych, jest to wciąż dosyć znacząca liczba, po 11 latach obowiązywania odpowiedniego prawodawstwa.
W Polsce, poza zmianą prawodawstwa, na pewno konieczne jest pracowanie nad mentalnością. Cenimy sobie przyjacielskie relacje z ludźmi, rzadko wychodzimy z roli prywatnych – nawet na gruncie służbowym. To zaś powoduje, że łatwiej przymykamy oko na nieprawidłowości dotyczące dość odległego od nas interesu publicznego, który mało sobie cenimy. Według Diagnozy Społecznej 2007 znaczącą większość Polaków mało lub w ogóle nie obchodzi to, czy ktoś płaci podatki, cła lub jeździ na gapę. Niewiele lepiej jest w przypadku nieuprawnionych świadczeń, np. zasiłków dla bezrobotnych. Z drugiej strony, mimo pięknej historii, raczej nie rzucamy wyzwania władzy – a jeśli już to dotyczy to raczej marginalnej części społeczeństwa. Tymczasem, jak podkreślił Tom Devine – whistleblowing to wyzwanie rzucone potędze! A osoba, która je rzuca może być jedyną, która zna prawdę. Czy Polacy umieją wytrzymać taką presję? Ja znam przynajmniej kilkadziesiąt osób, które w innych obszarach przeciwstawiają się. Raczej są na zewnątrz instytucji, ale zagrożenia – zwłaszcza na poziomie lokalnym – są te same. Jest zatem nadzieja, że będzie nas kiedyś więcej. Przedtem jednak wszyscy musimy odrobić lekcję pt. „Czym różni się prywatne od publicznego, i jakie korzyści mamy z dbania o dobro wspólne?”. Bez tego prawie nikt nie będzie ryzykował zdrowia fizycznego i psychicznego, dobrobytu rodziny i możliwości własnego rozwoju, aby zadbać o ochronę interesu publicznego.
Katarzyna Batko-Tołuć


SLLGO, ul. Ursynowska 22/2, 02-605 Warszawa, +48 22 844 73 55, watchdog@sllgo.pl | CMS by Pr@ska Pracownia Internetu | Grafika by Agencja BO TAK! & PPI