Polski Press Club mierzy ile jest prawdy w obietnicach polityków. Zaczęli od premiera Donalda Tuska, ale planują wziąć pod lupę także innych przedstawicieli władzy, np. prezydentów miast. Wierzymy, że jeżeli jakiś polityk zorientuje się, że patrzymy mu na ręce, to będzie rozważniej obiecywał – mówi Jarosław Włodarczyk, jeden z realizatorów przedsięwzięcia.
Katarzyna Batko-Tołuć: Władzomierz to projekt, w którym zajmują się państwo obietnicami premiera. Niektóre z nich brzmią, jakby pochodziły bardziej z wypowiedzi niż z pisanego dokumentu, jakimi są zazwyczaj programy wyborcze. Skąd obietnice opisane we Władzomierzu się wzięły?
Jarosław Włodarczyk: Bezpośrednio z exposé Premiera. Było ono tak długie, że stało się dla nas wystarczającym źródłem, żeby wybrać 202 obietnice. Oparliśmy się na oficjalnym protokole z sejmowej strony internetowej. Najpierw wszyscy przeczytaliśmy go uważnie, potem podczas spotkań zespołu przygotowującego Władzomierz w Press Clubie, czytaliśmy zdanie po zdaniu i zaznaczaliśmy czy dane stwierdzenie jest obietnicą czy nie. Czasem obietnica to są cztery wyrazy w połowie zdania. Nie wyrywamy ich z kontekstu. Dajemy we Władzomierzu cały akapit czy dwa akapity, w którym to się pojawiło. Sama obietnica jest podświetlona na żółto. Tak, żeby zrozumieć, czego to dokładnie dotyczyło.
Wybieramy tylko obietnice, które są mierzalne. Oznacza to, że można je ocenić na podstawie oficjalnych dokumentów. Obietnica, że będziemy wszyscy zdrowi i szczęśliwi jest niemierzalna, ale już na przykład zaufanie do rządu jest mierzalne – bo są badania niezależnych podmiotów. Czasem – jak w przypadku deficytu budżetowego, to jest konkretna liczba. Są oczywiście znacznie trudniejsze przypadki. Mamy wątpliwości cały czas. Na przykład obietnica, że będą dobre stosunki polsko-hiszpańskie, czy polsko-angielskie. To jest oczywiście trudno mierzalne. Porównując wcześniejsze okresy, nie widzimy pogorszenia relacji z tymi krajami, ale będziemy to oceniać na koniec kadencji. Utrzymanie tego samego poziomu lub wzrost, rozumiany jako polepszenie relacji, uznamy za spełnienie obietnicy. Najtrudniejszą oceną – jeśli chodzi o zagranicę – będą oczywiście stosunki z Rosją. To już jest trochę interpretacja polityczna i być może z oceny tej obietnicy się wycofamy.
Po wybraniu obietnic zostały one umieszczone na stronie www.wladzomierz.pl i rozpoczęło się ocenianie. Każdy z nas pisze ocenę obietnic, które otrzymał do analizy, wyłącznie na podstawie oficjalnych materiałów źródłowych np. ustaw, rozporządzeń, komunikatów CIR i ministerstw. Po ocenie obietnica może trafić do jednej z kilku kategorii prace wstrzymane, w realizacji, czekamy na konkrety, a jeśli jej realizacja jest zakończona wówczas do kategorii końcowych spełniona, złamana, kompromis. Potem jeszcze wspólnie oceniamy czy wszyscy zgadzamy się z propozycją oceny. Ważne jest zrozumienie, że to nie jest zamknięty projekt. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek uwagi do jakiejkolwiek obietnicy, to przy pomocy formularza kontaktowego, umieszczonego pod każdą obietnicą można wysłać uwagi. Nie uzurpujemy sobie monopolu na ocenę. Chodzi właśnie o to, żeby ten projekt żył, żeby angażować ludzi, bo wtedy jest to naprawdę straż obywatelska. Bardzo zachęcamy do współtworzenia Władzomierza i liczymy na takie wsparcie.
KBT: A co z oceną obietnic? Są Państwo dziennikarzami, więc dosyć naturalne byłoby nadawanie znaczenia temu, co jest obiecane.
JW.: To nie jest serwis, który ma interpretować decyzje premiera i rządu, tylko ma sprawdzać czy politycy dotrzymują słowa. A powody dotrzymywania albo łamania danego słowa, mogą być rozmaite. Ocena postępowania to jest rzecz dla publicystów. Władzomierz jest narzędziem pomyślanym głównie dla dziennikarzy. Nawet, jeżeli niektóre obietnice są jeszcze nieocenione to samo to, że je skatalogowaliśmy – jak słyszymy od bardzo wielu dziennikarzy – jest bardzo pomocnym narzędziem.
Poza tym nie oceniamy czy premier racjonalnie obiecuje, czy powinien coś obiecywać. To wyborcy decydują czy obietnica jest słuszna i czy dać obietnicy wiarę. Nie oceniamy też powodów spełnienia lub złamania obietnicy. My tylko trzymamy za słowo.
KBT: Czyli macie bardzo przemyślany sposób działania, z wyznaczonymi ramami. Jak do tego doszliście?
JW.: Na pomysł, żeby zrobić Władzomierz wpadliśmy pod koniec drugiego roku rządów premiera. Zwróciliśmy się do autorów takiego przedsięwzięcia w Stanach Zjednoczonych, którzy dostali nagrodę Pulitzera za Obametr. Nauczyli nas, dali metodykę i zgodzili się na jej użycie w Polsce.
W przyszłości będziemy brali pod uwagę nie tylko exposé, ale także program partii, umowę koalicyjną i wystąpienia na wiecach wyborczych. Tych obietnic może być znacznie więcej. Obama ma z samych wieców wyborczych 500 obietnic. To będzie jeszcze ciekawsze dlatego, że politycy w czasie kampanii wyborczej mają tendencję do obiecywania różnych dziwnych rzeczy w regionach. I te obietnice są jeszcze głębsze, konkretniejsze.
Na koniec kadencji wszystkie obietnice muszą zostać ocenione a te, które są w trakcie realizacji, muszą przejść do trzech ostatecznych kategorii – spełniona, złamana, kompromis. Na dzisiaj wygląda na to, że większość z ocenionych obietnic jest złamana. Z założenia nie ma jednak żadnego licznika zbiorczego czy średniej ocen. Trudno bowiem porównywać obietnicę wyprowadzenia wojsk z Iraku z obietnicą dotyczącą deficytu budżetowego albo połowów dorsza. Każda jest ważna dla ogółu albo jakiejś grupy. Pierwotnie chcieliśmy wprowadzić taki zbiorczy wynik i rozmawialiśmy z Amerykanami na ten temat. Oni mówią, że też próbowali, ale się nie da. Można przyjąć pewną wagę, że spełniona obietnica to jest +1 a złamana to jest np. -10, bo polityk jest od dotrzymywania słowa, a nie od łamania. Jednak ponieważ obietnica obietnicy nie jest równa, to robienie jakiś wyników zbiorczych byłoby absurdalne i mylące.
KBT: Czemu zaczęliście ten projekt, czy chcieliście pokazać politykom, że większość ich działań to kiełbasa wyborcza?
JW.: Ogólnym celem projektu nie jest „dokopywanie” komuś tylko skłanianie polityków by bardziej ważyli słowa i obietnice, a w Polsce żeby po prostu było normalnie i lepiej. W działaniach strażniczych nie chodzi o to, żeby komuś dokopać, tylko o to, żeby trzymać za słowo, żeby pilnować władzy i żebyśmy wszyscy mieli z tego korzyść: władza, że ją będą wybierać po raz drugi, trzeci czy piąty a obywatele – bo im się będzie lepiej żyło. Przecież to o to chodzi. Działania strażnicze to nie jest forma złośliwości czy wylewania żółci – a niestety tak się w Polsce kojarzy – tylko jest to pilnowanie naszych reprezentantów dla dobra wspólnego i ich samych.
KBT: Dziękuję serdecznie i życzę powodzenia. Mam nadzieję, że tak właśnie działania strażnicze będą w przyszłości pojmowane przez obywateli, polityków i administrację publiczną.
SLLGO, ul. Ursynowska 22/2, 02-605 Warszawa, +48 22 844 73 55, watchdog@sllgo.pl | CMS by Pr@ska Pracownia Internetu | Grafika by Agencja BO TAK! & PPI