![]() | maj 2012 | ![]() |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | ||
Tekst "Strażnicy ekologii" autorstwa Krzysztofa Wychowałka jest efektem spotkania o projektach strażniczych w ekologii i w ochronie środowiska, które odbyło się we Wrocławiu w grudniu 2010 roku. Autor przedstawił w nim historię działań strażniczych w ekologii oraz opisał główne inicjatywy ekologiczne z dziedziny strażnictwa.
Od początku rozwoju sektora pozarządowego w Polsce po 1990 roku, organizacje ekologiczne naturalnie kojarzą się z działaniami strażniczymi. Masowo rejestrowane na fali przemian ustrojowych w latach 90-tych XX wieku, w większości zajmowały się właśnie walką z jakimś lokalnym skażeniem środowiska, szkodliwą inwestycją, źródłami skażeń, hałasem.
Trudno dotrzeć do wiarygodnych danych dotyczących liczby powstałych wtedy różnych małych stowarzyszeń, komitetów czy nawet grup nieformalnych, których głównym zadaniem było niedopuszczenie do budowy w najbliższej okolicy np. chlewni, składowiska śmieci czy magazynu paliw. Większość tych grup zresztą zanikała po kilku lub kilkunastu miesiącach działalności (niezależnie od tego, czy udało się odnieść sukces, czy nie). Takie działania nie tworzyły co prawda mainstreamu ruchu ekologicznego, kształtującego się od początku lat 90-tych, jako ruch społeczny, z pewnością było ich jednak wiele, a ich działania były odnotowywane przez media. Do dzisiaj zresztą rodzajem mitu założycielskiego dla wielu wciąż istniejących, dużych organizacji ekologicznych są protesty w Żarnowcu[1] i Czorsztynie[2] (choć pewnie większość obecnych działaczy nie może ich pamiętać).
Działania te, nieskoordynowane ze sobą i podejmowane ad hoc przez rozmaite społeczności lokalne, określane są obecnie jako NIMBY[3], od skrótu angielskiego określenia „not in my backyard" - „nie na moim podwórku". Niewątpliwie ważną ich przyczyną była jednak ówczesna nieufność zarówno do władz państwowych, jak i do prywatnego biznesu oraz ówczesne przepisy i przyzwyczajenia administracji publicznej - podejmowanie decyzji bez konsultacji społecznych, bez informowania społeczności lokalnych, korupcyjne relacje na styku sektora publicznego i prywatnego.
O ile drobne lokalne komitety i grupy zajmowały się zazwyczaj jedynie swoim własnym, doraźnym celem, o tyle większe organizacje już w latach 90-tych odczuwały potrzebę działania na rzecz rozwiązań systemowych, gwarantujących społeczeństwu realny udział w ochronie środowiska. Jedynymi z pierwszych działań w tym kierunku, były działania lobbingowe na rzecz ratyfikowania przez Polskę Konwencji z Aarhus[4]. Działania te podejmowały niezależnie różne ośrodki (m.in. Centrum Prawa Ekologicznego we Wrocławiu) oraz organizacje członkowskie tworzącej się wówczas Polskiej Zielonej Sieci[5].
Wraz z wejściem w życie w kwietniu 2001 roku ustawy prawo ochrony środowiska, organizacje ekologiczne zyskały wiele cennych instrumentów w realizacji swojej strażniczej misji. Chyba najważniejszym było nadanie im uprawnień udziału na prawach strony w postępowaniach dotyczących ochrony środowiska (np. oceny oddziaływania na środowisko planowanych przedsięwzięć), co w praktyce oznaczało konieczność uwzględniania zastrzeżeń takich organizacji, a nawet możliwość łatwego zaskarżania przez organizacje takich decyzji do sądu. Przepis ten niestety zaowocował również zjawiskiem tzw. „ekoharaczy". Należy jednak od razu, przed omówieniem tego zjawiska, zrobić istotne zastrzeżenie, że samo pojęcie „ekoharaczu" oraz rzekomo masowy charakter tego zjawiska, zostały sztucznie wykreowane przez media. Raport sporządzony przez Biuro Badań Społecznych „Obserwator" na potrzeby projektu badawczego Towarzystwa na Rzecz Ziemi z Oświęcimia, opierający się na analizie 1151 wywiadów telefonicznych przeprowadzonych z właścicielami firm, członkami zarządu lub osobami bezpośrednio odpowiedzialnymi za uzyskiwanie odpowiednich zezwoleń oraz decyzji środowiskowych jednoznacznie wskazuje, że protesty organizacji ekologicznych nie są w ogóle odbierane przez respondentów, jako trudności w działalności ich firm. 66% ankietowanych w ogóle nie zetknęło się z samym pojęciem „ekoharaczu", a 85% nie spotkało się nigdy z sytuacją korupcyjną związaną z ochroną środowiska. Jednocześnie badani zupełnie dobrze oceniali działalność „zielonych", jako pożyteczną dla społeczeństwa[6].
Wyniki tego badania stoją w całkowitej sprzeczności z lansowanymi przez niektóre media tezami, jakoby praktycznie każda inwestycja okupiona była kosztownymi haraczami dla „ekologów", co wręcz udaremnia rozwój gospodarczy kraju[7]. W rzeczywistości, odnotowano tylko kilka przypadków wymuszania przez organizacje ekologiczne korzyści w zamian za odstąpienie od protestów przedłużających procedurę uzyskiwania zezwoleń na inwestycję - wszystkie zostały gremialnie potępione przez media oraz przez organizacje aspirujące do tworzenia „ruchu ekologicznego". Te najbardziej znane przykłady to:
Przy czym przynajmniej w jednym przypadku można uznać, że protestująca organizacja de facto nie ma nic wspólnego z ekologią, a założona została wyłącznie w celu wykorzystywania uprawnień nadanych organizacjom ekologicznym przez prawo. Każdy z tych przypadków był też od razu piętnowany przez środowisko ogólnopolskich organizacji zajmujących się ekologią i ochroną przyrody. Organizacje z Łodzi i Białegostoku zostały natychmiast wykluczone z ogólnopolskiej Federacji Zielonych, a Polska Zielona Sieć zaproponowała ideę „karty etycznej pozarządowych organizacji ekologicznych", którą podpisało kilkanaście podmiotów. Przypadki te, jakkolwiek pojedyncze, spowodowały nieodwracalne szkody wizerunkowe dla pozarządowego ruchu ekologicznego w Polsce. Efektem były chociażby zmiany w prawie - już w 2001 roku ustawa o dostępie do informacji o środowisku i jego ochronie oraz o ocenach oddziaływania na środowisko ograniczyła możliwości działania organizacji, późniejsze nowelizacje ustawy POŚ również odbierały organizacjom wiele cennych instrumentów. Ponadto od tego czasu, praktycznie wszystkie większe kampanie podejmowane w obronie przyrody przez bardzo różne organizacje, spotykały się z jednoznacznymi komentarzami nawet w poważnych mediach, nie mówiąc o blogosferze. Do organizacji ekologicznych przyklejono wizerunek ekoterrorystów, protestujących bez powodu gdzie tylko jest to możliwe, ale wycofujących się z protestów natychmiast po otrzymaniu korzyści finansowych. Znacząco utrudniło to działania strażnicze podejmowane przez te organizacje.
A tych jest obecnie bardzo dużo. O ile na początku lat 90-tych XX wieku „ruch ekologiczny" (zapewne jak każdy inny tego typu sektor w nowopowstałej polskiej demokracji) był pełen tysięcy lokalnych inicjatyw, to z czasem - m.in. wraz ze zmianą źródeł i sposobu finansowania organizacji - ustabilizował się w ok. 100 większych organizacji o uznanej renomie, z których kilkadziesiąt jest w stanie realizować kompleksowe działania strażnicze korzystając ze środków np. Unii Europejskiej (oczywiście samych organizacji ekologicznych są nadal tysiące, powstają też ciągle nowe, choć zwykle nastawione na działania z zakresu edukacji ekologicznej).
Za jedną z głównych inicjatyw ekologicznych z zakresu strażnictwa można uznać Bankwatch - program działający w Polsce w ramach struktur Polskiej Zielonej Sieci. Sama sieć Bankwatch jest organizacją międzynarodową (z główną siedzibą w Czechach), skupiającą organizacje członkowskie z 12 krajów Europy. Celem sieci jest monitoring działań międzynarodowych instytucji finansowych, szczególnie pod kątem realizacji zasady zrównoważonego rozwoju (pierwotnie projekt Bankwatch skupiał się na monitorowaniu Banku Światowego, potem również Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, stąd nazwa). Działania organizacji finansowane są głównie ze środków Komisji Europejskiej (DG Environment i DG Development) oraz fundacji prywatnych (m.in. CS Mott, Oxfam)[8]. Bankwatch jest przykładem nowoczesnego podejścia do działań strażniczych - jest to odrębna struktura, z własnym biurem i pracownikami, skupiająca się wyłącznie na monitoringu oraz systemowym przeciwdziałaniu inwestycjom realizowanym bez poszanowania zasady zrównoważonego rozwoju. W Polsce Bankwatch realizuje projekt „Fundusze na rzecz zrównoważonego rozwoju", którego celem jest doprowadzenie do bardziej efektywnego i przyjaznego środowisku wydatkowania funduszy przez Europejski Bank Inwestycyjny, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju oraz funduszy Unii Europejskiej. Bankwatch monitoruje też tworzenie polityki klimatycznej oraz koordynuje Koalicję Polskich Organizacji Ekologicznych ds. Funduszy Unijnych. Podejmuje działania lobbingowe w dyskusji nad przyszłym budżetem UE i kształtem nowej polityki spójności (perspektywa 2014-2020).
Oczywiście rzetelność monitoringu oraz innych podejmowanych działań wynika ze stabilnych źródeł finansowania i merytorycznego wsparcia (także zagranicznego - od innych członków sieci). Mimo, że działania podejmowane przez Bankwatch mogą się wydawać hermetyczne, a opracowywane raporty nie docierają może do czytelników popularnej prasy, w rzeczywistości mają bardzo duży wpływ na sposoby wydatkowania publicznych pieniędzy i realizowania przez państwo różnych inwestycji. Na przykład działania związane z lokalizacją korytarza transportowego Via Baltica były przez Bankwatch (oraz m.in. OTOP, WWF, Greenpeace) realizowane systemowo przez wiele lat i doprowadziły ostatecznie do wydania nowej decyzji ustalającej środowiskowe warunki budowy obwodnicy Augustowa (z tych wieloletnich działań media odnotowały tylko fragment sporu o Dolinę Rospudy).
Polska Zielona Sieć, która wywodzi się z projektów poświęconych zwiększaniu dostępności społeczeństwa do informacji o środowisku realizowanych od końca lat 90-tych („biura informacji ekologicznej", „zielone telefony"), a obecnie jest związkiem stowarzyszeń skupiającym kilkanaście większych organizacji ekologicznych z całej Polski, uważa działalność „strażniczą" za niezwykle istotną w swojej misji, i niezależnie od działań polskiego biura Bankwatch, prowadziła rozmaite działania monitoringowe, także przy współpracy ze swoimi organizacjami członkowskimi, co umożliwiło prowadzenie dokładnych działań na terenie całego kraju. Jednym z ważniejszych projektów prowadzonych przez PZS był program monitoringu funduszy ochrony środowiska (Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej), realizowany w kilku etapach w latach 2003-2007. Monitoring dotyczył zarówno sposobu finansowania edukacji ekologicznej przez fundusze ochrony środowiska, jak również sposobu powoływania ioceny funkcjonowania tzw. „przedstawicieli" pozarządowych organizacji ekologicznych (POE - skrót określenia „pozarządowe organizacje ekologiczne") w radach nadzorczych tych funduszy. Sama instytucja przedstawiciela POE w radach nadzorczych wydaje się być szczytem strażniczych marzeń - ustawodawca zagwarantował, że w radach nadzorczych instytucji publicznych dysponującymi kilkuset milionowymi budżetami przeznaczanymi nie tylko na inwestycje „pro środowiskowe", ale również np. hydrotechniczne,zagwarantowane jest miejsce dla przedstawiciela organizacji społecznych, na równych prawach z przedstawicielami np. wojewody, marszałka, ministra[9]. Członkowie rad nadzorczych otrzymują wysokie diety, przy tym mogą w pełni kontrolować działalność funduszu (rada nadzorcza m.in. powołuje zarząd funduszu). Są to uprawnienia znacznie dalej idące, niż obecność przedstawicieli organizacji ekologicznych w rozmaitych komisjach opiniujących wnioski, czy nawet komitetach monitorujących fundusze unijne.
Raport PZS niestety pokazał, że instytucja „przedstawiciela POE" z nielicznymi wyjątkami nie funkcjonuje jednak w ogóle. Głównym powodem takiego stanu rzeczy była konstrukcja prawna przepisu ustawy POŚ (przyp. prawo o środowisku), pozwalająca de facto zarządowi województwa powoływać na to miejsce w radzie nadzorczej WFOŚiGW dowolną osobę, nie reprezentującą żadnej organizacji społecznej i niemal zawsze miejsce to obsadzane było z klucza partyjnego. PZS podjęła wtedy szereg działań lobbingowych (zarówno na poziomie Ministerstwa Środowiska, jak i Sejmu) w celu zmiany przepisu na taki, w którym przedstawicielem POE w radzie zostawałaby osoba popierana przez największą ilość organizacji ekologicznych. Mimo pozornego zwycięstwa (wprowadzono zmianę do ustawy) okazało się, że nie rozwiązuje to problemu, ponieważ nieokreślona w ustawie definicja samej organizacji ekologicznej spowodowała, że w dalszym ciągu powoływani przedstawiciele nie posiadali zaplecza rzeczywiście działających organizacji ekologicznych (do wygrania wyborów wystarczało poparcie np. związku łowieckiego lub innej tego typu organizacji, posiadającej rozbudowane struktury terenowe), w wyborach do rady nadzorczej Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zdecydował zaś głos organizacji niezwiązanych z ochroną środowiska (np. sportowych), ale formalnie posiadających taki cel wpisany w statucie. Z kolei badania przeprowadzone wśród organizacji dotyczące ich oczekiwań wobec takiego przedstawiciela w radzie nadzorczej,wykazały, że organizacje bardzo rzadko miały związek z działaniami strażniczymi (np. informowanie o inwestycjach planowanych do sfinansowania przez fundusz, konsultacje, wypracowywanie wspólnych stanowisk sektora itp.), a dotyczyły np. „załatwiania dotacji" czy „przepychania wniosków" itd.[10].
Z kolei analiza sposobu udzielania przez fundusze dotacji na działania z zakresu edukacji ekologicznej zaowocowała opracowaniem szeregu rekomendacji, które mogłyby usprawnić ten proces i uczynić bardziej przyjaznym dla organizacji pozarządowych. Niektóre z nich były faktycznie rozpatrywane, a nawet implementowane przez poszczególne fundusze wojewódzkie.
Częstym przykładem działań strażniczych są działania podejmowane przez organizacje przyrodnicze. Takie działania dominują na przykład na liście projektów dofinansowywanych przez Fundację im. Stefana Batorego. Często są to działania ściśle związane z konkretnym problemem przyrodniczym, np.: badanie regulacji cieków wodnych (Klub Gaja), monitoring zapór wodnych i regulacji rzek i potoków (Towarzystwo na rzecz Ziemi), kontrola rozbudowy systemu dróg (Pracownia na rzecz Wszystkich Istot), monitoring zarządzania lasami publicznymi (Federacja Zielonych Gaja), społeczna kontrola nad procesami decyzyjnymi dotyczącymi dolin rzecznych (Towarzystwo dla Natury i Człowieka), monitoring zieleni drzewiastej Małopolski (Fundacja Wspierania Inicjatyw Ekologicznych). Choć takie projekty są niewielkie (średnia dotacja wynosi około 30 tys. złotych) i ściśle określone w czasie, tak naprawdę są elementem większych, długofalowych działań tych organizacji, doskonale wpisującymi się w ich szerszą misję i wykorzystujące ich potencjał merytoryczny (specjalistyczna wiedza z zakresu np. ochrony rzek). Efekty takich monitoringów, raporty czy wyniki badań,są dla organizacji narzędziem do podejmowania skuteczniejszych działań na rzecz ochrony przyrody. Świadczą o tym podejmowane w ich następstwie działania rzecznicze, przykładowo poradnictwo i podejmowanie działań interwencyjnych (Polski Klub Ekologiczny Gliwice), nagłaśnianie przypadków łamania prawa i podejmowanie interwencji (Pracownia na rzecz Wszystkich Istot), doskonalenie przepisów związanych z internetowym handel zwierzętami chronionych gatunków (PTOP Salamandra), nagłaśnianie nieprawidłowości związanych z produktami GMO (organizmy modyfikowane genetycznie z ang. Genetically Modifiet Organisms, przyp. red.) w żywności i paszach (Społeczny Instytut Ekologiczny), działania na rzecz uwzględniania przez władze aspektów przyrodniczych i społecznych przy podejmowaniu decyzji o rozwoju sztucznej retencji (Towarzystwo na rzecz Ziemi), likwidacja luk i nieścisłości w ustawie o ochronie przyrody (PTOP Salamandra)[11]. Wydaje się jednak, że zarówno realizatorzy tych projektów, jak i darczyńcy powinni położyć większy nacisk na upowszechnianie rezultatów tych projektów - samodzielnie trudno odnaleźć wyniki wielu realizowanychprojektów (monitoringów, badań społecznych, analiz), a przecież mogłyby one posłużyć również innym podmiotom. Być może wynika to też z przywiązania do „projektowej" sprawozdawczości, gdzie najważniejsze są liczbowe efekty projektu, a nie faktycznie dokonana zmiana lub choćby tylko cenna obserwacja.
Niejasna jest sama definicja strażniczych organizacji ekologicznej[12]. Kwestią sporną pozostanie chociażby klasyfikacja organizacji zajmujących się zwierzętami (nie chodzi o ochronę w sensie przyrodniczym), które w wielu statystykach czy publikacjach są określane, jako „ekologiczne", choć w rzeczywistości często kierujących się odmiennym systemem wartości, ale przecież realizujące rozmaite projekty strażnicze (przykładem może być choćby Straż dla Zwierząt). Kolejnym problemem jest szeroka możliwość klasyfikowania działania jako „strażniczego" (obywatelski nadzór nad funkcjonowaniem instytucji publicznych, monitoring, podnoszenie przejrzystości), która nie pozwala na przedstawienie jakiegoś jednoznacznego zestawienia „działań strażniczych podejmowanych przez organizacje ekologiczne". Portal watchdog.org.pl prezentuje w chwili obecnej 46 takich inicjatyw strażniczych związanych słowem kluczowym „ekologia" (większość tytułów projektów ma w nazwie słowo „monitoring")[13]. Z pewnością nie jest to katalog kompletny - wiele organizacji prowadzi działania strażniczepo prostu w sposób ciągły, są one istotą ich działalności, a z racji na przykładniesformalizowanego statusu, nie są w stanie zdobyć środków na realizacje swojej misji z ogólnopolskich fundacji. Trudno też w jakikolwiek sposób porównywać ze sobą działania takie, jak „badanie dystrybucji soi modyfikowanej genetycznie" (koszt realizacji projekty 39 tys. zł) i „wdrażanie programów z zakresu społecznego nadzoru nad funkcjonowaniem administracji publicznej w zakresie opieki nad zwierzętami" (koszt projektu 700 tys. zł) - inne są przecież cele tych projektów, inne narzędzia, inne efekty.
Trzeba zdawać sobie również sprawę, że wśród tysięcy organizacji ekologicznych, wiele zajmuje się po prostu zadaniami z zakresu edukacji ekologicznej, konkursami dla młodzieży, inne zrzeszają np. miłośników obserwowania ptaków czy chrząszczy i nie są zainteresowane, ani strażnictwem, ani lobbingiem. Na pewno jednak istnieje 100 czy 200 organizacji, które stoją na straży czystości naszego środowiska, naturalności lasów i rzek, ratowania zagrożonych gatunków zwierząt i roślin. To co łączy je z organizacjami zajmującymi się przeciwdziałaniem dyskryminacji i ochroną mniejszości, pilnowaniem finansów publicznych czy rozliczaniem polityków z wyborczych obietnic, promowaniem partycypacji społecznej czy idei samorządności, jest chęć działania dla dobra publicznego, dla rozwoju kraju (oczywiście rozwoju zrównoważonego), dla lepszego życia obywatelek i obywateli (a także zwierząt).
[1] Chodzi o protesty przeciw budowie pierwszej polskiej elektrowni jądrowej nad jeziorem Żarnowieckim. Budowa trwała w latach 1982-1990. Na skutek zmian ustrojowych i ekonomicznych oraz negatywnego odbioru przez społeczeństwo (również po katastrofie elektrowni w Czarnobylu) budowa elektrowni została przerwana. W 2010 roku Żarnowiec ponownie wygrał ranking na lokalizację elektrowni jądrowej. Jej budowa ma być ukończona w 2020 roku (przyp. red.)
[2]Chodzi o protesty przeciw budowie zbiornika zaporowego na rzece Dunajec (jezioro Czorsztyńskie) i zapory wodnej w Niedzicy (przyp. red.)
[3]por. Matczak P., Społeczne uwarunkowania eliminacji syndromu NIMBY, [w:] Podmiotowość społeczności lokalnej, red. Ryszard Cichocki, Poznań 1996.
[4] „Konwencja o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz dostępie do sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska" (uchwalona w 1998 roku w Aarhus, w Danii, weszła w życie w Polsce w 2001 roku), dotyczy prawa człowieka do czystego środowiska i gwarantuje prawo do informacji, do udziału w podejmowaniu decyzji i dostępu do sądownictwa w ochronie środowiska.
[5]Jednym z pierwszych ogólnopolskich działań Polskiej Zielonej Sieci był realizowany w 2000 roku projekt „Wzmocnienie Systemu Dystrybucji Informacji Ekologicznych w Polsce".
[6] źródło: strona internetowa http://www.tnz.most.org.pl/pl/read.php?id=21
[7] por. Marek Kęskrawiec, Terror ekologiczny, „Newsweek" nr 35/02
(http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/terror-ekologiczny,26392,4)
oraz:, Ryszard Kamiński, Rafał Pleśniak, Ekoharacz, „Wprost" z 9 września 2001 r., Dariusz Bartosiewicz, Darowali w łapę, „Gazeta Wyborcza" z 8 czerwca 2001 r., Dariusz Bartoszewicz, Korupcja bez listka figowego, „Gazeta Stołeczna" z 22 czerwca 2001 r.
[8]Więcej informacji na stronie internetowej http://www.bankwatch.org
[9] Art. 400 ustawy prawo ochrony środowiska (przyp. red.)
[10]Furmaga J., Smolnicki K., Stoczkiewicz M., Wychowałek K., Zazielenić fundusze. Społeczny monitoring funduszy ochrony środowiska, Kraków 2005
[11]Na podstawie listy projektów, które uzyskały w latach 2004-2006 dofinansowanie z Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Działania Strażnicze.
[12] Pomijając przypadki, gdy inne organizacje - sportowe czy hobbystyczne - mają wpisane w statucie działania związane z ochroną środowiska, choć ich nie realizują, ale korzystają na ich podstawie z jakichś praw czy przywilejów.
[13] http://watchdog.org.pl/index.php?dzial=27&ac=tagbo&tagbbid=62 - stan z dn. 24.01.2011
SLLGO, ul. Ursynowska 22/2, 02-605 Warszawa, +48 22 844 73 55, watchdog@sllgo.pl | CMS by Pr@ska Pracownia Internetu | Grafika by Agencja BO TAK! & PPI